Artykuł · 24 października 2026 · flatty
Polska gubi mieszkańców szybciej niż prognozowano

Miasta, które nie zdołają przyciągnąć mieszkańców przez pracę, usługi i jakość życia, będą musiały liczyć się z kurczącą się bazą konsumentów i użytkowników mieszkań
Na koniec września 2026 r. Polska liczyła 37,212 mln mieszkańców, czyli o 165 tys. mniej niż rok wcześniej. GUS pokazuje, że ubytek naturalny przyspiesza, a saldo migracji tylko częściowo go neutralizuje.
Najnowsze dane GUS nie pozostawiają złudzeń: polska populacja kurczy się szybciej, niż można było zakładać jeszcze kilka lat temu. Na koniec września 2026 roku liczba mieszkańców sięgnęła 37,212 mln, co oznacza spadek o 165 tys. osób w porównaniu z analogicznym miesiącem ubiegłego roku. W ujęciu od początku 2026 roku ubytek sięgnął około 121 tys. osób, bo w porównaniu z końcem 2025 roku populacja była już wyraźnie niższa. Tempo ubytku rzeczywistego w trzech kwartałach wyniosło minus 0,32 proc., czyli na każde 10 tys. mieszkańców ubyły 32 osoby. Rok wcześniej ubytek na tym poziomie liczono na 30 osób na 10 tys. osób. W pierwszym półroczu Polska straciła 90 tys. mieszkańców i w czerwcu liczyła 37 mln 243 tys. osób, co przekłada się na średni ubytek rzędu 495 osób dziennie w liczeniu rzeczywistym, a blisko 529 osób dziennie w liczeniu ujemnego przyrostu naturalnego.
Naturalna strata, która coraz mniej rekompensują migracje
Głównym silnikiem tego procesu jest ujemny przyrost naturalny, czyli przewaga zgonów nad urodzeniami. W pierwszym półroczu 2026 roku wyniósł on minus 95,2 tys. osób. Oznacza to, że w wyniku ruchu naturalnego na każde 10 tys. ludności kraju ubyło 51 osób. W ujęciu przestrzennym ubytek naturalny był większy w miastach, gdzie sięgnął minus 62 tys., niż na wsi, gdzie wyniósł minus 33,2 tys. W trzech kwartałach zarejestrowano około 176 tys. urodzeń żywych, o około 6 tys. mniej niż rok wcześniej. Współczynnik urodzeń obniżył się o 0,2 punktu procentowego do 6,3 na 1000 ludności. W tym samym czasie zmarło około 305 tys. osób, czyli o około 3 tys. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, a współczynnik zgonów wzrósł o 0,1 punktu do 10,9 na 1000 ludności. GUS odnotował jednocześnie spadek umieralności niemowląt: w trzech kwartałach zmarło około 500 dzieci w pierwszym roku życia, o kilkadziesiąt mniej niż rok wcześniej.
Jeszcze bardziej czytelny obraz daje zestawienie pierwszego półrocza. W tym okresie zarejestrowano około 115 tys. urodzeń żywych, o około 1 tys. mniej niż przed rokiem. Liczba zgonów wyniosła około 210 tys., w tym 334 niemowląt, i była wyższa o około 2 tys. niż w analogicznym okresie 2025 roku. Urząd podkreśla, że ubytek naturalny jest obserwowany od 2013 roku. Wynika on z niskiej liczby urodzeń, która choć wzrosła w latach 2016 i 2017, nie zdołała odwrócić trendu, oraz ze starzenia się społeczeństwa, które podnosi liczbę i udział osób w starszym wieku. Zmiana struktury wiekowej uderza również w potencjał gospodarczy: liczba dzieci i młodzieży w wieku 0-17 lat zmniejszyła się o ponad 94 tys. i wyniosła niespełna 6,5 mln, co to tylko 17,4 proc. populacji. Osób w wieku produkcyjnym było 21,7 mln, czyli około 31 tys. mniej niż rok wcześniej. Stanowią one 58 proc. społeczeństwa.
Małżeństwa wracają, ale rozwody też są częstsze
Nie wszystkie wskaźniki rodzinne idą w dół. W pierwszym półroczu 2026 roku zawarto ponad 50 tys. związków małżeńskich, czyli o około 2 tys. więcej niż rok wcześniej. Około 38 proc. z nich stanowiły małżeństwa wyznaniowe, zawierane w kościele lub innym związku wyznaniowym, a następnie zarejestrowane w urzędzie stanu cywilnego. W trzech kwartałach liczba zawartych małżeństw sięgnęła około 112 tys., o około 3 tys. więcej niż w tym samym okresie ubiegłego roku, a udział małżeństw wyznaniowych wzrósł do około 45 proc.
- Rozwiodło się około 32 tys. par w pierwszym półroczu 2026 roku, o około 1 tys. więcej niż rok wcześniej.
- W trzech kwartałach liczba rozwodów wyniosła około 46 tys., co jest wynikiem wyższym o około 0,5 tys. niż przed rokiem.
- Separację orzeczono u około 0,3 tys. małżeństw w pierwszym półroczu i u około 400 małżeństw w trzech kwartałach.
- W miastach rozwody są zdecydowanie częstsze: w pierwszym półroczu odnotowano tam około 23 tys. postępowań, czyli prawie trzykrotnie więcej niż na wsi.
Taki obraz pokazuje, że polskie rodziny coraz częściej wybierają ślub, ale jednocześnie częściej rozstają się formalnie. To nie jest jeszcze sygnał wzrostu dzietności, ponieważ statystycznie śluby przekładają się na urodzenia dopiero po kilku latach. Można jednak traktować je jako osłabiony czynnik wspierający demografię.
Przybywa osób meldujących się na stały pobyt
Drugim filarem zmian liczby ludności jest saldo migracji zagranicznych. Według rejestru PESEL w pierwszym półroczu 2026 roku liczba imigracji wyniosła 9926, a emigracji 4319. Na pobyt stały zameldowało się około 9,9 tys. osób mających wcześniej miejsce zamieszkania za granicą, natomiast zgłoszenie wyjazdu na pobyt stały złożyło 4,3 tys. osób. Saldo wyniosło około 5,6 tys. osób dodatnio. Warto zauważyć, że zarówno imigracja, jak i emigracja spadły o około 500 osób rok do roku, więc saldo migracji jest mniejsze niż wcześniej, ale wciąż ogranicza naturalny ubytek populacji. To oznacza, że Polska nie przyciąga już napływu cudzoziemców w takim tempie, ale też nie traci ich w tak szybkim tempie.
Stolice województw: tylko trzy miasta rosną, a jedno wyraźnie wyróżnia się
Raport GUS pokazuje też wyraźne rozwarstwienie terytorialne. Spośród 18 stolic województw aż 15 straciło mieszkańców. Wzrost odnotowały zaledwie trzy: Kraków, Warszawa i Rzeszów. Największy przyrost zaliczył Kraków, którego populacja wzrosła o 2879 osób i wyniosła 819 493. To efekt dodatniego salda migracji na pobyt stały, które sięgnęło 3194 osób, przy niewielkim ubytku naturalnym rzędu 315 osób. Warszawa zyskała tylko 200 osób, choć saldo migracji wyniosło 1678 osób, bo ubytek naturalny sięgnął 1478. Rzeszów również odnotował wzrost, ale skromniejszy.
Pozostałe stolice województw kurczą się w różnym tempie. Największy absolutny spadek odnotowała Łódź, która straciła 3137 mieszkańców. Bydgoszcz, Kielce i Gorzów Wielkopolski miały zbliżone spadki procentowe, rzędu 0,47-0,49 proc. Niespodzianką jest wynik Gdańska, który zakończył czerwiec ze stratą 278 mieszkańców i populacją 489 050. Ważne jest jednak, że w większości przypadków winna nie jest emigracja, lecz struktura demograficzna. W Łodzi za niemal 88 proc. spadku odpowiada ubytek naturalny, w Bydgoszczy około 70 proc. W żadnym z 18 miast wojewódzkich nie było dodatniego przyrostu naturalnego, a łączny ubytek naturalny w stolicach województw wyniósł 13 476 osób.
Województwa: południe zachowuje się lepiej niż zachód i centrum
Największy ubytek naturalny w pierwszym półroczu odnotowano w województwie świętokrzyskim, gdzie wyniósł 7,7 na 1000 ludności. Tuż za nim uplasowały się województwo łódzkie z 7,6 promila, zachodniopomorskie i opolskie, każde z 7 promili. Najniższe spadki widziano w województwie małopolskim, gdzie ubytek naturalny wyniósł 2,3 promila, a także w mazowieckim i pomorskim, gdzie po 3,6 promila. To potwierdza, że Kraków nie jest przypadkiem bez tła: całe województwo małopolskie radzi sobie lepiej pod względem demograficznym niż wiele regionów, z których wyjeżdżają ludzie lub w których rośnie liczba zgonów.
Co to znaczy dla rynku nieruchomości
Demografia jest fundamentalnym czynnikiem popytu mieszkaniowego. Ujemny przyrost naturalny w wysokości 95,2 tys. osób w pół roku oznacza, że tylko w tej grupie potencjalnych odbiorców ubyło ponad 95 tys. osób w ciągu sześciu miesięcy. Tymczasem w 2026 roku do sierpnia oddano do użytku około 132 tys. nowych mieszkań, w tym 81,5 tys. mieszkań deweloperskich, a w budowie znajdowało się około 860 tys. lokali. To nie oznacza automatycznie kryzysu, ponieważ część popytu jest napędzana migracją, zamianami mieszkań i zmianą standardów, ale w miastach o słabej dynamice demograficznej może prowadzić do trudniejszej rotacji ofert i większej roli cen. W metropoliach, które przyciągają migrantów, jak Kraków, popyt może być podtrzymywany. W mniejszych ośrodkach i regionach o wyraźnym starzeniu się ludności popyt mieszkaniowy może być coraz bardziej oparty na rotacji, a nie na nowych domach, wchodzących na rynek.
Najważniejsza lekcja z danych GUS jest taka, że wyludnianie Polski nie jest już tylko statystycznym tłem. Stało się realnym ryzykiem dla lokalnych rynków mieszkaniowych, polityki prorodzinnej i planowania przestrzennego. Miasta, które nie zdołają przyciągnąć mieszkańców przez pracę, usługi i jakość życia, będą musiały liczyć się z kurczącą się bazą konsumentów i użytkowników mieszkań. Te, które zdołają wykorzystać napływ ludności, mogą zyskać przewagę nad regionami, które tracą naturalny potencjał demograficzny.